niedziela, 15 maja 2022

Pamiętnik - Śmierć w czyimś sercu.

Będąc dzieckiem myślałam, że jeśli stracę rodziców to z powodu starości albo strasznej, nieuleczalnej choroby. 
Właściwie dużo się nie pomyliłam, bo o ile moja mama, mając prawie 50 lat, trzyma się tak, że ludzie się dziwią, że ma tak starą córkę jak ja, to mój biologiczny ojciec umarł. 

Jego śmierć nie jest dosłowna.

Tak naprawdę nie wiem czy żyje. Mogę podejrzewać, że tak, bo zdarzyło mi się zobaczyć jakiś post udostępniony na jego profilu na Facebooku. Nie było to nic ważnego, raczej zwykłe posty na zasadzie udostępnienia jakiegoś śmiesznego obrazka albo ważnego problemu bezdomnych zwierząt. 

Dlaczego więc mówię o jego śmierci?

To bardzo proste, choć niektórzy mogą tego nie rozumieć. 
Wspominałam o strasznej chorobie. Tą chorobą jest alkoholizm. Nie zabił go jeszcze, a jednak umarł. 

Umarł w moim sercu. 

Owszem, nie mogę wyrzucić go z głowy, ale nie dziwi mnie to, chociaż innych może. 
Przez pierwsze kilka lat życia miałam w głowie bardzo wyidealizowany obraz tego człowieka. Umiałam wybaczyć mu wszystko i usprawiedliwić sobie każdy jego wybryk. Myślę, że to nie jest dziwne, że tak długo zajęło mi zabicie go w sercu. 
Potrafił znikać na kilka, kilkanaście miesięcy, a potem pojawiać się jakby nigdy nic. A ja to po prostu akceptowałam ciesząc się, że mimo wszystko pamięta, że ma córkę. 
Mój brat urodził się kiedy rodzice byli już po rozwodzie. 
W momencie kiedy był w stanie rozumieć różne rzeczy i łączyć fakty nasz biologiczny już... Powiedzmy, że wywijał różne numery, a brat nie miał kiedy się jakkolwiek do niego przywiązać. 
Nie rozumie dlaczego przeżywałam tak mocno niektóre sytuacje. Ma do tego prawo. Każdy odbiera sytuację na swój własny sposób. Jesteśmy tylko, albo i aż, ludźmi. To naturalne. 
Kocham mojego brata. Jest wredny, ironiczny i często się na mnie denerwuje, bo w stresie potrafię pleść naprawdę nielogiczne rzeczy. 
A mimo to zawsze mi pomaga. Aktualnie mieszkamy razem. Bardziej wygląda to jak mieszkanie ze współlokatorem niż z rodziną, ale wydaje mi się, że obojgu nam taki układ pasuje. 
Nasz biologiczny najwyraźniej uważał, że pieniądze są w stanie naprawić wszystko. 
Dlatego też, kiedy się spotykaliśmy nie oszczędzał na nas. 
W momencie, gdy "nie mógł" się pojawić na umówionym spotkaniu robił nam przelew. 
Wiecie jak to jest. Pan kierownik na platformach wiertniczych gdzieś na Morzu Północnym. 
Człowiek cholernie inteligentny i biegle posługujący się językami obcymi. 
Szkoda, że język ludzki był dla niego taki trudny. 
Praca, którą wykonywał, wymagała od niego jeżdżenia za granicę. 
Każdy głupi to zrozumie, bo przecież nie może pracować na platformie znajdującej się w innym państwie będąc we własnym kraju.  
Ja też to rozumiałam. Problem polegał na tym, że kiedy powiedział nam, że pracuje w systemie 2 na 2, co znaczyło dokładnie tyle, że 2 tygodnie jest tam, 2 tygodnie tu, w Polsce. 
Przez te 2 tygodnie nie miał czasu wyrwać się z sideł swojej narzeczonej chociaż na kilka godzin. A potem, nie wiem czy z jego wiedzą czy nie, jego wybranka wrzucała zdjęcia z ich wakacji, wyjazdów i innych takich. Przypadkowo akurat wtedy, gdy podobno coś ważnego wypadło mu w pracy. 
Dlaczego napisałam o sidłach jego nowej kobiety? 
Osobiście jest dla mnie obcą osobą, mimo, iż przez rok była moją macochą. Swoją drogą długo wytrzymali jako małżeństwo, po 7 latach bycia razem, prawda? 
Kontynuując jednak temat... Z tą kobietą łączy mnie tylko to, że jej synowie są moimi braćmi. 
Bracia, którzy na spokojnie mogli by być moimi dziećmi patrząc na wiek. Aktualnie nie mam z nimi kontaktu, chociaż bardzo bym chciała. 
Nie potrafię jednak przekonać się do niej chociaż naprawdę próbowałam. 
Nie umiem jej zaufać. 
No bo jak? Jak mam zaufać osobie, która pracując w szkole z dziećmi w klasach 1-3, a dodatkowo będąc psychologiem szkolnym jest w stanie powiedzieć wprost dzieciom człowieka, za którego wyszła za mąż, że wolałaby, żeby zginął w wypadku.  
Owszem, co prawda z jego winy się wydarzył, ale bądźmy ludźmi. To była próba samobójcza. Rozpaczliwe wołanie o pomoc. 
A ona powiedziała, że lepiej gdyby naprawdę zginął. Przestałaby się męczyć. 
Co natomiast usłyszałam ja z bratem? 
"Jesteście już dorośli, poradzilibyście sobie bez ojca, a ja jakoś z dziećmi sobie dałabym radę. Rodzice by mi pomogli." 
To było w momencie nawrotu choroby. 
Przez kilka lat mój biologiczny nie pił. Nawet na swoim weselu nie tknął kieliszka. Najwyraźniej stres związany z pracą wykończył go całkiem. Znów uciekł w alkohol. 
Ja i jego siostra, a moja ciocia próbowałyśmy mu pomóc, wspierać go. Byłyśmy jedynymi osobami, które okazywały mu jakąkolwiek troskę. 
To działo się przed świętami kilka lat temu. Żona wyrzuciła go z domu. Nocował u siostry. Planowaliśmy zrobić wspólną Wigilię. Zaczął chodzić na terapię.

Terapeuta powiedział mu, że powinien spędzić święta z RODZINĄ.

Co więc zrobił? Postanowił wrócić na święta do żony. A nas łaskawie zaprosił na drugi dzień świąt.
To rozbiło moje serce na pół, ale dalej było tam miejsce dla niego. 
Po tych świętach zniknął nam kontakt. 1,5 roku bez jakiejkolwiek komunikacji. Z jego strony. 
Ja pisałam, wysyłałam życzenia. Nic. Zero odzewu. 
Po wspomnianych 18 miesiącach posłuchałam mamy. Potrzebowaliśmy informacji, których on mógł mi udzielić. Napisałam do niego, wiedząc, że i tak nie odpisze. Nie myliłam się, ale... Zadzwonił. Dostałam informacje, po czym zmienił temat. Wspomniał o moich urodzinach. Miałam ochotę powiedzieć, że co roku tak samo, gdy usłyszałam, że mam jutro. Po co mi to mówił, skoro doskonale wiem, kiedy zmienia mi się cyferka na liczniku wieku? 
Najwyraźniej chciał skończyć rozmowę, bo wspomniał, że zadzwoni następnego dnia z życzeniami to pogadamy. 
Cóż za hojność. I tak nie uwierzyłam, że będzie pamiętał. A jednak. Zadzwonił, złożył życzenia, pogadaliśmy i tyle. Nic wielkiego, ale ciężko się rozmawia z kimś kto nie ma kompletnie pojęcia co się dzieje w Twoim życiu. 
Myślałam wtedy, że znów zapadnie cisza na kilka miesięcy albo i dłuższa. Kolejna pomyłka. Zadzwonił tego samego dnia, wieczorem. Byłam głupia i naiwna. Myślałam, że może chce się spotykać. Nic bardziej mylnego. 
Był kompletnie pijany, chociaż mówił wyraźnie. Powinnam się rozłączyć, a jednak tego nie zrobiłam. 
Słuchałam co miał mi do powiedzenia. Dowiedziałam się, że tamtego roku w styczniu był na terapii. Dobrze wiedzieć. Najwyraźniej się nie powiodła.
I teraz uwaga, główny punkt programu. 

Oznajmił mi, z pełną mocą, że leczenie nie powiodło się, ponieważ nie dałam mu wsparcia. [sic!]

Rozumiecie to? Jeśli tak, to proszę o wyjaśnienie. Ja nic z tego nie rozumiem. 
Jedyne co, powiedzmy, że dobrego z tego człowieka wyszło to jego sperma, dzięki której powstały jego dzieci, a ma ich sporo. 
Mam piątkę rodzeństwa. 
Czterech braci i siostrę. W sumie jest nas szóstka, a tylko jeden brat, z tej gromadki, nie jest jego dzieckiem. 
Boli mnie to, że kontakt mam tylko z 2 z nich. Z pełni biologicznym bratem, z którym mieszkam i dzieckiem mamy i ojczyma, który zastąpił mi tatę.
Co prawda z siostrą świadomie nie utrzymuję kontaktu, chociaż mogłabym. Przeżyłam 20 lat nie wiedząc o jej istnieniu. A po 3 spotkaniach zdążyła mnie zawieść. Nie chcę kolejnych zawodów. Bronię się przed tym, dlatego też sytuacja jest jaka jest, ale co z pozostałą dwójką?
Są tylko dziećmi, a w chwili obecnej prawdopodobnie nawet nie wiedzą, bo po prostu nie pamiętają, o moim istnieniu. 
Jeden z nich jest ode mnie 19 lat młodszy, a drugi o 21 lat. 
To niczego nieświadomie istoty, które, mimo swojego wieku, już zdążyły poznać trochę mojego świata. 
Szkoda mi ich, ale nie wiem jak się przełamać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz